Salta piękna

Salta okazała się przepięknym regionem, w którym nudzić się nie można. Jest tu tyle do zobaczenia, że spokojnie można zostać na 8-9 dni. Ja byłam 6 dni i wiem, że przez kolejne 3 dni miałbym co robić.

Samo miasto Salta nie ma dużo do zaoferowania, to ładne najbardziej kolonialne miasteczko i już. Trzy kolorowe
kościoły (różowy, czerwony i niebieski) kolonialne budynki otaczające centralny plac, na którym zawsze jest co robić. Wieczorem pokazy lokalnych tańców, śpiewy, ktoś gra na gitarze. Mnóstwo restauracji, barów, miejsc do zatrzymania się na chwilę. Na placu dzieje się znacznie więcej niż na słynnej B która za każdym razem kiedy na niej byłam świeciła pustkami 🤷‍♀️ Jest też wzgórze świętego Bernarda można na nie wejść lub za 40 zł wjechać kolejką – widok jak dla mnie słaby …. – po widokach na Langkawi, chyba już każda kolejka i widok z góry będzie taki sobie, albo słaby🙈

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, droga, niebo i na zewnątrz

W zdjęciu zamieszczam naszą mapę zgodnie, z którą zwiedzałyśmy Saltę. Ciężko było znaleźć na polskich blogach jak zwiedzać Saltę i ile poświęcić czasu, dlatego mam nadzieję mój wpis będzie pomocny, dla wybierających się w ten boski region.
Niestety na własną rękę to się nie opłaca (trzeba by wynająć samochód – na dwie osoby to raczej za droga impreza, kiedy cena całodniowej wycieczki kosztuje 100 zł…) dlatego korzystamy z lokalnego biura podróży (to z mapki serdecznie polecam!)

 

Obraz może zawierać: 1 osoba, drzewo, niebo, na zewnątrz i przyroda  Obraz może zawierać: ludzie stoją, na zewnątrz i przyroda

Pierwszy dzień był dla mnie chyba najpiękniejszy, bardzo dużo zobaczyliśmy, było mocno intensywnie. Widoki zapierały dech w piersiach, nie mogę wciąż uwierzyć, że Argentyna jest tak różnorodna, bogata w przepiękne krajobrazy i wciąż nieodkryta. Pierwszy dzień (zaznaczony na czerwono) to Salinas Grandes czyli pustynia solna. Tak naprawdę wycieczka to podziwianie po drodze wielu pięknych miejsc, w których zatrzymujemy się by zrobić zdjęcia. Po drodze zatrzymujemy się na lunch w San Antonio de los Cobre malutka wioska pośród niczego, jak na dzikim zachodzie! Ta miejscowość i okolice słynie z Lam. Jadąc polną drogą, mijamy całe ogromne stada lam. Te dziko żyjące stworzenia oczywiście boją się ludzi, więc możemy je podziwiać tylko z samochodu. Na szczęście byliśmy tak blisko, że zdjęcia wyszły ciekawe. Nie wiem co jest w tych lamach, nie potrafię tego wytłumaczyć jednak są fantastyczne! Chciałby się się wtulić do takiej lamy!

Obraz może zawierać: góra, niebo, na zewnątrz i przyroda

Wcześniej po drodze mijamy rożnego rodzaju góry, takie na których nic nie rośnie, inne porośnięte bujną, zieloną roślinnością, a kolejne z kaktusami, jedne wysokie i szare inne w wielu kolorach. Spektakularne (ostatnio nadużywam tego słowa🙈🙈🤷‍♀️🤷‍♀️) krajobrazy zmieniające się dosłownie co chwila nie pozwalają nawet na chwile zamknąć oka na drzemkę w obawie, że coś mnie ominie! Co chwila spoglądam to w lewo to w prawo, pełna radości i dziecięcej ciekawości co za chwile ujrzę! (Czułam się, jak podczas mojego pierwszego wyjazdu za granicę do Szwecji jakieś 23 lat temu?!🤔)
Wiecie, że Argentyna to drugie państwo na świecie (pierwszy jest Meksyk) posiadające największe połacie kaktusów? Zatrzymujemy się w jednym z takich miejsc by zrobić kilka zdjęć.
Podczas jazdy polną drogą jedna z opon zostaje uszkodzona i mamy dodatkowy przystanek pośrodku niczego. Ale to nic jest oczywiście piękne, korzystając z okazji, że droga jest pusta robimy kilka zdjęć.

Obraz może zawierać: góra, niebo, na zewnątrz i przyroda  Obraz może zawierać: niebo, góra, na zewnątrz i przyroda

Następny przystanek to Salinas Grandes czyli pustynia solna. Salina czyli miejsce pozyskiwania soli. Jak ono powstało pośrodku gór? 14 tys. lat temu były tu jeziora, powstałe w wyniku ruchów tektonicznych, klimat zaczął się zmieniać na bardziej suchy i ciepły, jeziora wysychały i tak powstała salina.
Człowiek czuje się trochę jakby po śniegu chodził, taki biały, czysty. Ze śniegiem nie ma nic wspólnego, to najprawdziwsza sól. Słońce tak odbija, że bez okularów nie da się tam być. Ja po 15 minutach przebywania w tym miejscu spaliłam sobie głowę i twarz!

Obraz może zawierać: niebo, na zewnątrz i przyroda  Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, stoi, góra, niebo, na zewnątrz i przyroda

Kolejny punkt to również niesamowite 30 minut z mojego życia. Jak pewnie większość z Was wie, kocham góry, byłam i w Himalajach i w Patagonii, wchodziłam na 3300 m n.p.m ale nigdy nie wjeżdżała na podobną wysokość autem! 4170 m. n.p.m kiedy zobaczyłam tą górę i serpentynę zatkało mnie a nasz kierowca na tej drodze bez żadnego problemu wyprzedzał ciężarówki!
Tak zdjęcie z tego miejsca i te serpentyny w dole chyba lubię najbardziej, odbiera mowę….
Góry zawsze wzbudzają we mnie respekt, każdy trekking uczy mnie cierpliwości i odkrywa we mnie jakieś ukryte pokłady sił, pomagają w walce z moimi lękami i słabościami. Dają dużo siły i wiary w siebie. Góry nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać. Nawet kiedy piszę, czuję jak serce bije mi mocniej, a w głowie myśl, co dalej, gdzie teraz iść w góry?!
Zwieńczeniem pierwszego dnia jest miejscowość Purmamarca, w której można z bliska podziwiać kolorowe góry. My docieramy na godzinę 16.00 w tym świetle góry wyglądają kiepsko, trochę mam efekt eeee?serio?.
Na szczęście (albo i nie na szczęście🤦‍♀️) pozostajemy na noc w miasteczku i rano podziwiamy kolorowe góry, robiąc kilka ciekawych zdjęć. Płynie przejdę do dnia drugiego zaznaczonego na niebiesko.
…… i to byłby na tyle. Nic w tym dniu nie było ani ciekawe, ani fajne. Widoki ładne ale inny kierowca inny przewodnik nie potrafił nawet zatrzymać się w ciekawych miejscach. Jednym dobrym punktem było miejsce gdzie można było zrobić sobie zdjęcie z lamą (ha! Tak mam selfie z lamą!) mijany po drodze cmentarz również wygląda ciekawie.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, góra, na zewnątrz i przyroda

Kolejna trasa zielona Cafayate. Tu już nie zawiodłam się! Tym razem podziwiamy czerwone góry, dwa kaniony, diabelski o amfiteatr. Po drodze mijamy formacje skalne, jedna z nich przypomina Titanica, druga zamek. Najpięknieszy widok rozciąga się z góry trzech krzyży – na mnie zrobił ogromne wrażenie.
Następnie udajemy się do bodegi (winiarni)- tak Cafayate to drugi po Mendozie region winny w Argentynie, tu spróbujecie wina ze szczepu temprolino. Nie za bardzo jest czas na zachwyty nad winnicami, ale nie przejmuje się tym mocno bo w Mendozie mam zamiar spędzić cały dzień na rowerze jeżdżąc od winnicy do winnicy 🍷🍷🍷 (wino lovers!)
Miasteczko Cafayate jest małe ale urocze, oczywiście słynie z lodów o smaku wina, których musiałam spróbować! Takich lodów nie można lizać, bo zamraża się wtedy język i alkohol w nich zawarty nie rozpuszcza się odpowiednio i nie czuć dobrze smaku- trzeba je jeść patyczkiem! Lody nie mogą być złe (no chyba, że ktoś podrabia smak i kolor lodów pistacjowych -oj nie szanuję takich ludzi!) a lody o smaku wina muszą być wyborne, tak też było!

 

Obraz może zawierać: chmura, niebo, góra, na zewnątrz i przyroda

Ostatni dzień trasa żółta Cachi. Tego dnia nie mamy szczęścia do pogody od rana pada deszcz, najciekawszy i najpięknieszy punkt widokowy spowiła gęsta mgła…
W innej części wychodzi słońce, udaje się zrobić kilka zdjęć na największym polu kaktusowym w Argentynie w Parque Nationale Los Cardones.
Na lunch przyjeżdżamy do wioski Cachi jest tak mała, że w 8 min można zobaczyć wszystko.
Tak wyglądał nasz plan zwiedzania. Ja jestem zachwycona tym co widziałam, nie wiem, czy zdjęcia są w stanie oddać wspaniałość tych miejsc! Ja nazywam się od dziś Argentina Lover i to państwo jest dla mnie numerem jeden!

Ach nie opowiedziałam Wam co w Rosario- miasto słynne z Che Guevara (w miejscu gdzie rzekomo się wychował stoi jedynie znak…) i Leo Messi. Oglądamy pomnik, jedziemy również na most Victoria Bridge. Jednak najciekawszą częścią 2 dniowego wyjazdu był nasz host. Żeby oszczędzać pieniądze jak tylko jest okazja śpimy na couchserfing i tak było w Rozario. Poznałyśmy Nicolasa, który okazał się super człowiekiem, pokazał nam miasto (było tak gorąco, że obwiózł Nas samochodem) oddał nam swoją sypialnie z klimatyzacją, nauczył mnie (MNIE!!!tak umiem tańczyć!) cumbia (to tradycyjny taniec w regionie Rosario), rozmawialiśmy o życiu w Argentynie i tym w Europie, o obecnym kryzysie, słuchaliśmy lokalnej muzyki (totalnie przypomina nasze disco-polo!), było dużo śmiechu i rozmów jakbyśmy przyjechały w odwiedziny do starego kumpla!

Zawsze twierdziłam i nadal tak w to wierzę, że to spotkani ludzie nadają urok danemu miejscu i tak właśnie było i w tym przypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *